Ostatnie dni spowodowały, że tak sobie zaczęłam myśleć i rozkminiać, trochę do tego zaispirowała mnie Gosia z Heart Chakra, która pisała o dostosowaniu ludzkiego języka do psa. Ja bym z kolei chciała podzielić się z Wami moimi refleksjami o sygnałach uspokajających i sprawach przyległych, ale bardziej o tych przyległych 😉

Jak zapewne część z Was wie, a część nie – mieszkamy na wsi. Na naprawdę małej, zapupiastej, podlaskiej wsi – jest tu ok. 30 mieszkańców. Podoba nam się tu straszliwie, to nasze miejsce na ziemi, ale wyprowadzka z miasta wywołała u nas zderzenie z wiejską rzeczywistością, czyli traktowaniem psów. Ale, ale! Nie będzie tu o trzymaniu psów na łąńcuchach i innych niemiłych rzeczach – będzie o aspektach pozytywnych, czyli jak udało nam się (tfu tfu, żeby za wcześnie nie zapeszać 😉 ) pomóc 2 psom w naszej okolicy.

 

“On się boi wszystkiego, co to za pies?!”

Takie słowa usłyszał jakiś rok temu TŻ od jednego z sąsiadów. Rzeczony sąsiad sprawił sobie psiaka w typie landka – dziecię z pseudo, w wieku 4 miesięcy trafiło do sasiada, w wieku 6 miesięcy ta rozmowa miała miejsce. Ja ją znam tylko z relacji w/w TŻta 😉 który wrócił do domu ze słowami “Musisz tam iść i spróbować coś zrobić”. Podobno pies strasznie lekliwy, i o krok do pójścia w agresję z powodu tego strachu.
Żeby nie było: nie kreuję się na wiejskiego zaklinacza psów (tfu!) – ale nie oszukujmy się, przez lata w tym środowisku, własne psy, inne psy z różnymi problemami, a do tego rozmowy z “mądrymi ludźmi” i literaturę, coś tam w głowie mam 😉 Stwierdziłam więc, że niech i tak będzie, może mnie nie zeżre 😀

Faktycznie, na podwórku przywitał nas sąsiad i pies… przerażony szczeniak. Rozmiarów słusznych, ale szczeniak. Sąsiad patrzył na mnie jak na szarlatankę, ale ja sobie po prostu usiadłam bokiem na ziemi, w odległości od psa, rozrzuciłam w różnej odległości od siebie chyba tonę smaczków i zaczęłam gadać z sąsiadem – nie gestykulując i starając się nie być nazbyt ekspresyjną (kto mnie zna, ten wie, że to niełatwe :D). Po jakichś 40 minutach – eureka! Pies przestał ujadać z podkulonym ogonem i zaczął obwąchiwać smaczki. Po kolejnych kilku minutach – ciągle z niepokojem zerkając na mnie – zaczął podjadać. Ja oczywiście nie robiłam kompletnie nic, udawałam, że w ogóle tego nie widzę. Po godzinie z małym haczykiem doszliśmy do tego, że pies leżał na boku obok mnie – tym razem zrelaksowany. Dał się nawet kilka razy dotknąć, w końcu po prostu odszedł – ale bez ujadania – i zaczął zajmować się swoimi sprawami.

W tym czasie próbowałam wytłumaczyć sąsiadowi jak z tym psem dojść do ładu (chociaż czułam, ze to orka na ugorze i sąsiad uważa, że jakaś walnięta baba durnoty gada 😀 – jakże się myliłam!). Opowiadałam o dobrej relacji, wspólnym spędzaniu czasu, mówieniu spokojnie, nagradzaniu itd itp…. No a w końcu zaczęliśmy się zbierać do domu. W drodze powrotnej rozmawialiśmy z TŻtem, że słabo wierzymy, że sąsiad zacznie z psem pracować, no ale co mogliśmy to zrobiliśmy. Dodaliśmy do tego silne postanowienie wspomnienia sąsiadowi, że gdyby nie miał cierpliwości i jednak nie chciał już tego psiaka, to żeby nam powiedział, znajdziemy mu dom (wiecie, co się na wsi zazwyczaj robi z niepotrzebnym psem, prawda…?)

Po 2-3 miesiącach wpadłam do sąsiada po jajka… i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Przywitał mnie ten sam pies, ale jakże inny! Szczekający, ale do opanowania, gdy jego pan powiedział mu, że cisza. Nie zalękniony, spokojnie odchodzący do swoich spraw. No i sąsiad, który stwierdził, że faktycznie te metody działają, i że pies się tak zmienił.

Wracałam do domu pod wielkim wrażeniem. Byłam pewna, ze nic z tego nie będzie – nie z psiej winy, z ludzkiej zatwardziałości w poglądach, które wpoili rodzice i dziadkowie. Nie zostało mi nic innego jak odszczekać wszystkie złe rzeczy, które myślałam 🙂

“Ma ochotę zagryźć każdego, kto do nas podchodzi…”

Czyli tym razem historia o małym agresorze. Na szczęście – faktycznie, niewielkich rozmiarów 😉
Znowu TŻ wrócił do domu z psią historią: był u sąsiadów, a tam taki mały dziamgacz, który to podobno każdego traktuje jako zagrożenie dla jego – szczególnie – pani, dziabnął już listonosza w łydkę i kilka innych osób – TŻtowi tez się oberwało 😉 na szczęście bezkrwawo. Właściciele wiedza, że mamy psy, sąsiad od landka powiedział innemu sasiadowi, a tamten jeszcze komuś, że z psem pomogłam dojść do ładu… no i że może i z tym mikropsem bym coś podpowiedziała.

Myślę sobie, dobra – w końcu taki to mnie na pewno nie zagryzie, założę grubsze spodnie i tyle 😉
Przy drzwiach przywitało nas dziamgolenie, ukrócone zamknięciem gagatka w łazience. Pogadaliśmy sobie chwilę i doszłam do wniosku, że trzeba wziąć byka za rogi 😀 Poprosiłam, by wpuscili psa, ale nic do niego nie mówili, nie przytrzymywali – sama zaś na podłodze naświniłam smaczkami. Pies wpadł – widać, że nastawiony na “zaraz tu się komuś stanie krzywda, muszę zareagować”, ale miałam zapobiegliwie ręce na stole – no i oczywiście olaliśmy go wszyscy równo. Zero patrzenia, ja sobie za to dyskretnie poziewałam, pooblizywałam się, poudawałam, że paznokcie oglądam…. po chwili (dosłownie chwili! aż byłam zdziwiona) pies poszedł i jak gdyby nigdy nic zaczął zjadać smaczki. Jego państwo byli pod wrażeniem, bo podobno po raz pierwszy tak się zachował w stosunku do kogoś obcego – innymi słowy byli pewni, że i mnie dziabnie 😉 Później przyszedł czas na oswojenie tych straszliwych gości – dostał smaczki od nas, pobawiliśmy się, pokazałam właścicielom, jak np. bawić się z nim piłką – gagatek w minutę załapał, że “daj” się bardzo, ale to bardzo opłaca 🙂 Dowiedział się, że goście mogą też być fajni, nawet jak siedzą bardzo, ale to bardzo blisko jego pani. Zauważył, że klikanie oznacza smakołyki, a żarłok z niego konkretny 😉 No a do tego jego państwo zobaczyli, jak łatwo jest osiągnąć efekt – bo pies naprawdę rewelacyjny.
Pogadaliśmy o poprawieniu relacji z psem, o ustaleniu zasad, o zachowaniach zastępczych, o tym, co ich pies chce im powiedziec, gdy zamiast przyjść na zdenerwowane wołanie, to najpierw obwącha kilka trawek i milionie innych spraw. Dostali do poczytania kilka mądrych książek, pogadaliśmy co robić, gdy ktoś przychodzi, jak nie dopuszczać do wyuczonych już zachowań małego agresora.

Tu nie mam wątpliwości, że będą działać i pracować, a pies w końcu zostanie ogarnięty 🙂 Trzymam mocno za nich kciuki i mam nadzieję, że już niedługo będziemy mogli wspólnie iść na spacer 🙂

…………………………………………………………….

Napisałam tego posta, by wprowadzić nieco optymizmu w owiany grozą temat “pies na wsi”. Tak, nie ma co się czarować – większość ludzi ze wsi ma podejście jakie ma: pies na łańcuchu, do jedzenia to co zostanie z obiadu, a jak nie daj buk dusi kury – to przywiązać w lesie albo zastrzelić. Taka prawda, i pewnie tacy ludzie będą jeszcze długo… ale coś się zmienia. Czuć powiew nowego. Widać, że coś zaczyna do co poniektórych docierać.
Nie oszukujmy się – w większości do młodych, przecież to głównie oni korzystają z internetu i zaczynają zastanawiać się na słusznością podejścia rodziców czy dziadków. Internet ma tu ogromne znaczenie… ale nieskromnie mi sie wydaje, że i dobry przykład ludzi takich jak my. Odkąd się tu przeprowadziliśmy sporo namieszaliśmy w psim temacie – w końcu nasze psy nie dość, ze spią na kanapach, to jeszcze specjalne jedzenie jedzą i chodzą codziennie na spacer! I dobrze. Chętnie pomieszam dalej 🙂

Komentarze