W poprzedni weekend wreszcie udało nam się wyrwać z domu – wybraliśmy wyjazd nad jezioro ze znajomymi. Byliśmy (no dobra – głównie ja, naczelna pesymistka, szukacz dziury w całym) pełni obaw… ale w końcu okazało się, że niepotrzebnie 🙂

Zacznijmy od tego, że jechaliśmy z 5 psami – dużymi i 2 maluchów – Mieszkiem i Eevee (czyli Miłosławą 😉 ). Tylko Bohun z Zuzią byli z nami na takim wyjeździe, no a do tego – 5 psów to jednak nie w kij dmuchał. Logistyka może być nieco skomplikowana… choć jak widać nie musi.
Upakować w samochodzie nam się udało bez większych problemów (Nissan Note rządzi! złożone tylne siedzenia, podest w bagażniku by wyrównać poziom i heja), na dachu bagażnik z dobytkiem, za siedzeniem namiot (jaki – do tego jeszcze dojdziemy) i pojechaliśmy.

Było z nami sporo znajomych – tylko 2 z nich nasze psy znały…. było poza nimi 8 kompletnie nieznanym psom osób + kilkanaście innych (z dziećmi!) korzystających z pomostu. W kompletnie nieznanym miejscu. Z czasów, gdy Zuzia miała spore problemy z panowaniem nad emocjami, trochę problemów z obcymi, został mi (irracjonalny jak się okazało) niepokój jak to będzie. Do tego 2 kompletnie nieogarnięte 4 miesięczne bąble, Brombi która ma w głowie siano i zawieszający się Bohun. Wyglądało jak proszenie się o kłopoty… na szczęście było inaczej 🙂

W naszej biwakowej ekipie psy wzbudziły totalny zachwyt 😀 Były gwiazdami wyjazdu, no i fakt – zachowywały się w 97% wzorowo 🙂 Pękałam z dumy słysząc przez 3 dni komplementy jakie mamy ogarnięte futra, że często jak ktoś jednego psa bierze to jest problem, a tu 5 i jest super 🙂 No i nie powiem – byłam zadowolona 🙂 Nieliczne próby żebrania przy grillu w wykonaniu Zuzi (w końcu trzeba sprawdzić czy nowi się złamią 😉 a tu psikus, pan i pańcia wszystkim na wejściu powiedzieli, że psom nie wolno dawać nic ze stołu) zostały zgaszone natychmiast, jednorazowy atak kompletnej głuchoty Bohuna też został opanowany. Maluchy i Brombi zachowywali się super 🙂

Kolejną naszą obawą było to, jak my będziemy z tą szaloną sforą spali. W namiocie spali kiedykolwiek tylko Bohun i Zuzia, wiec reszta nieogarnięta… i duża objętościowo 😀
Namiot mamy taki.

To Quechua 2 seconds, teoretycznie 4 osobowa. Sprawdził się rewelacyjnie. Po prostu genialnie. Rozkładanie – sprawne (szczególnie, że mamy juz troche doświadczenia z nim – ma 4 lata; za pierwszym razem było gorzej, teraz już błyskiem). Miejsca w środku było wystarczająco 🙂 Psy wpasowały się świetnie, poprzytulały się do siebie i do nas – zmarznąć nie mieliśmy najmniejszej szansy, a jak było fajnie 🙂

Wyjazd nad jezioro miał na celu również – poza socjalizacją – oswojenie maluchów z wodą. U nas podział jest prosty – Bohun pływa, dziewczyny brodzą 🙂 chcieliśmy namówic maluchy na pływanie.. i w zasadzie się udało 🙂 I Mieszunio, i Eevee, zaliczyli pływanie – młoda nawet miała pomysł skakania z pomostu (miejsce było takie, ze spokojnie mogła, bo pomost nie wychodzil daleko w jezioro, w razie czego bez problemu byśmy jej pomogli), ale nie zdecydowała się ostatecznie 😉

Ostatnia rzeczą, której się obawiałam był upał. Gdy wyjeżdzaliśmy było u nas jakieś 35 stopni. Na szczęście bliskość jeziora + las sprawiły, ze temperatura była super przyjemna, nawet dla takiego chłodnoluba jak ja. Bez problemu dało się cały dzień siedzieć w cieniu, schładzanie sie w jeziorze też dużo dawało 🙂 Psy nie ucierpiały (a wiedzieliśmy, że gdyby one źle pogodę znosiły, to po prostu spakowalibyśmy się i wrócili do domu), a wręcz przeciwnie.

A było o tak o fajowo 🙂

 

Komentarze