Długo nas nie było, ale wracamy i mam nadzieję, że uda nam się wrócić do systematyczności.
Na nasze usprawiedliwienie powiem, że na początku września wzięliśmy ślub i byliśmy zabiegani… a na później mieliśmy zaplanowany wyjazd w góry.
Jak ktoś czyta naszego facebooka to może tego posta nie czytać – wie juz wszystko 😉

No wiec – półtora tygodnia temu w piątek pojechaliśmy w góry. Niżne Tatry na Słowacji – żyć nie umierać. W dobrych humorach po drodze odwiedziliśmy to jednych, to drugich znajomych, aż po dłuższej chwili szukania wylądowaliśmy przed naszą kwaterą – o 2 w nocy. Szybka kąpiel i do łóżka…. a o 4 pobudka. Niezamierzona – Bohun zwymiotował.
Pańcia wstała, sprzątnęła i wróciła do spania… w końcu jeden paw to nie tragedia. Rano wstaliśmy i wybraliśmy się w góry – na szlak “rozgrzewkowy”, na poczatek. Pogoda piękna, nie za ciepło, słoneczko… o tak:

 

 

Możecie się domyślać, jakie wrażenie robiliśmy na szlaku 🙂 To bardzo miłe, ludzie się uśmiechali, zatrzymywali, rozmawiali – bardzo, bardzo sympatycznie.

Niestety, Bohun czuł się nie za dobrze i – ku rozżaleniu Zuzi, która dobrych kilka razy próbowała mnie sprowadzić na dobrą drogę, czyt. W GÓRĘ!) – postanowiliśmy zawrócić. W drodze w dół zaliczyliśmy kolejnego pawia, doszliśmy do wniosku, że wybierzemy się do Popradu. Owocem wycieczki jest zdjecie, które zawiśnie w naszej jadalni w naprawdę duzym formacie 🙂

Wieczorem z Bohunem było na tyle niedobrze, że o 22 rozmawiałam z koleżanką (Beata – dzięki!!!) o tym, gdzie tu się do sensownego weta wybrać. Poleciła nam czeski ABvet, który zresztą już znałam wczesniej z polecenia innych znajomych.

W niedzielę o 7 rano wyjechaliśmy wiec do Czech (ponad 200km). Zajęto się nami w klinice bardzo profesjonalnie (przynajmniej wtedy tak nam się wydawało, ale o tym później). Natychmiast USG – pierwszej podejrzenie (również nasze) było takie, że coś pies połknął i go przytkało. W czasie badania dr Tomankova nic nie znalazła, więc RTG – 3 zdjęcia. Później badania krwi…. ostatecznie diagnoza – zapalenie błony śluzowej żołądka – antybiotyk, leki przeciwwymiotne, przeciwbólowe a do domu kroplówki (po dość długiej dyskusji, zadziałał dopiero argument że jestem lekarzem i z kroplówką w domu sobie bez problemu poradzę). Ledwo nam kasy na koncie starczyło by za wizytę zapłacić, no ale wola boska, trudno (mieliśmy eurasy w gotówce, a tam tylko korony albo karta…). Wrócilismy na kwaterę.

Do rana doczekaliśmy, ale Bohunek czuł się na tyle źle (nie chodząc m.in) że postanowilismy wracać (tu wielki ukłon dla właścicielki kwatery za zrozumienie – na pewno opiszemy wszystko w miejscach przyjaznych psom). Na raty – najpierw do dziadków w połowie drogi, tam leki (wielkie dzięki dla dr Remigiusza Cichonia za telefoniczne uzgodnienia i zostawienie leków dla nas u dziadków!!!), zmiana venflonu (niestety się zagiął i nie nadawał do niczego – dobrze że pańcia – mimo psiego odwodnienia – poradziła), kroplówka… a z rana wio do Białegostoku, do naszych wetek.

Tu dłuższa rozkmina – skoro nie ciało obce, skoro leki na żołądek nie pomagają + wyniki mogą sygerować… to zapewne ostre zapalenie trzustki. Wszystko pasuje – leczymy. Psu zrobiło się nawet lepiej, zaczął merdac, coś tam zjadał… tylko w weekend znowu zrobiło się źle, pies znowu przestał chodzić. W poniedziałek – decyzja że trzeba powtórzyc USG bo to coś śmierdzi.

Dosłownie cudem udało nam się wcisnąć do dr Marcińskiego do Warszawy na badanie. Nasza wetka powiedziała, że jak trzustka to tylko do niego… i faktycznie. Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni doktorem, ale tylko przyłożył do psiego brzucha głowicę i usłyszeliśmy “coś w tym brzuchu siedzi”. I faktycznie – opisał 3×3,5cm ciało obce w jelicie. Nagle wszystko stało się jasne – szybki telefon do naszych wetek, ustalenie że jak tylko przyjedziemy to do nich i operacja. Po drodze odwiedziny u przyjaciół (Jena, Kacper – dzięki!) na szybciutkie kroplówki i wio do Białegostoku.

Operacja się udała. Z jelita nasze wetki wyjeły supeł ze sznurka-zabawki, który utknął. Przy okazji poleciały równiez jajka (torbiele na prostacie przyspieszyły decyzję). Do domu wróciliśmy o 22. Bardzo dziękujemy Marlena Kowalczuk-Jaszczur i Ewa Faltyn z Lecznicy SANO!!! Bez was bylibyśmy w czarnej d……

……………………………………………………………………….

Dzisiaj? Bohun zupełnie inny. Merda, chodzi, truchta – widac, ze jeszcze osłabiony (kto by nie był? stracił w te półtora tygodnia 12kg…), ale idzie ku dobremu. Póki co – jeszcze na kroplówkach, ale pojutrze będzie kurczaczek 🙂

Komentarze