Owszem. Niestety owszem, doświadczenia własne, naszych Śledziowych wnucząt i znajomych to potwierdzają. Na początek – kilka (kilkanaście? ale obiecuję, nie będzie nudno! teraz się z tego śmieję, ale na bieżąco wesoło nie było…) historii z – delikatnie mówiąc – niezbyt sensownymi wetami, później – u kogo i dlaczego leczą się Śledzie 🙂

http://www.johnlund.com

Pierwsza historia to historia opowiedziana przez mojego dobrego kolegę.
Adoptowali z dziewczyną psa, a w zasadzie suczkę. Suczkę po przejściach, której ktoś postanowił się pozbyć w niezwykle wyrafinowany sposób – strzelając jej ze śrutówki w zad. Na szczęście mu nie wyszło i panna trafiła do moich znajomych. Na wizycie w lecznicy, w której fundacja ją leczyła, już po zamieszkaniu u E. i A., dowiedzieli się, że pies, a w zasadzie suczka, od tegoż śrutu ma…. ołowicę.

Dobrze, że zarówno E., jak i A. byli wtedy już prawie lekarzami, bo wiedzieli, że jest to fizycznie niemożliwe. Dlaczego?

Na ołowicę nie da się zachorować ot tak, pstryk i jest. Ołów w organizmie musi gromadzić się przez długie miesiące, jeśli nie lata, w dużych dawkach… a najefektywniejszy jest przyjmowany drogą pokarmową. Kilka cząstek śrutu w mięśniu na pewno ołowicy spowodować nie mogło, szczególnie, że pies nie miał żadnych jej objawów.

Tę wspaniałą diagnozę postawił “pan doktor neurolog”.

Druga historia dotyczy tego samego pana doktora i również adopcyjniaka (coś nie mają szczęścia..). Państwo znaleźli psa przywiązanego w lesie i natychmiast pojechali z nim do najbliższej lecznicy – zobaczyć czy wszystko z nim ok przed przyjazdem do domu. Pies – w tej sytuacji trudno sie dziwić – w samochodzie zestresował się jak dziki, a chyba wszyscy wiemy, jak wygląda taki pies – dyszy i się ślini.

Pan doktor w lecznicy zdiagnozował u psa… wściekliznę.

No dobra, to w końcu nie było takie nieprawdopodobne, prawda? Pies niewiadomo skąd, różnie może być, prawda?

Prawda. Tylko wtedy weterynarz nie ma prawa takiego psa wypuścić z lecznicy ot tak, bez zgłoszenia całej sprawy, obserwacji. Tu – psiura zaszczepił i wypuścił do domu. Mój mistrz <3

Trzecia historia – tu już więcej było nerwów niż śmiechu.
Trochę ponad rok temu, przy naszym poprzednim miocie, wróciliśmy akurat z Warszawy po odwiezieniu jednego z maluchów na samolot. Z resztą towarzystwa została moja mama, która nam od razu po przekroczeniu bramy powiedziała, że jednego maluszka wzdęło. Była godzina 21.30, nasi weci już nie pracowali, ale telefony od nas odbierają, więc po szybkiej konsultacji telefonicznej została podjęta decyzja, że z młodym trzeba jechać do dyżurnej lecznicy, zrobić RTG i sprawdzić, czy to przypadkiem nie skręt. Mały do wozu zapakowany, ogień w koła i jadę – lecznica uprzedzona, że przyjadę, bo czynni do 22 a ja mam z domu 30 minut do Białegostoku.

Po przyjeździe – pan doktor szef lecznicy zrobił RTG. Zdjęcie się wyświetliło…. on do mnie ani słowa, co na nim widać (tak, wiem, sama w końcu widzę co tam jest, ale on o moim wykształceniu medycznym nie wiedział). Wyszedł. Wrócił ze strzykawkami i do malucha.

Zatkało mnie i pytam – co mu chce podać. Otrzymałam odpowiedź zaskakującą:
– Zastrzyki.
– Tak, widzę, ale jakie?
– Przeczyta sobie pani w karcie.

No i tu mnie trafiło. Zrobiłam awanturę.
Mogę się na leczenie nie zgadzać. Mogę wiedzieć, że pies jest na coś uczulony. Pies może przyjmować leki, między którymi wystapiły by interakcje. Cokolwiek. Pomijam już kompletnie nieistotny wg pana weta fakt, że mam prawo do informacji. Oj tam, oj tam.

Ta sama lecznica, ale inna sprawa, więc historia czwarta.
Do Bohuna przyjechała suka na krycie, ale właściciel nalegał na inseminację świeżym nasieniem. Ja sama wtedy jeszcze tego nie umiałam, ale klient nasz pan, wiec szukam weta. Jeden dziś nie może, drugi – w/w lecznica – owszem, zapraszają.

To była najgorzej wykonana inseminacja (poprzedzona najgorzej wykonanym pobraniem nasienia) jaką widziałam. Pan wet ją wykonujący miałam wrażenie, że robi to po raz pierwszy w życiu. Taki był sprytny, że 90% nasienia wyciekło z suki gdy wyjmował kateter. Gdyby to o moją sukę chodziło – nie zapłaciłabym i zrobiłabym karczemną awanturę.

Smaczku dodał fakt, że gdy po 48h wróciliśmy na zaleconą przez niego drugą inseminację, na pytanie właściciela suki jaki jest wg niego w tym momencie poziom progesteronu… odpowiedział 11-12. 48h wcześniej mielismy 9, więc było to kompletnie nierealne. Bardziej prawdopodobny poziom to pow. 20 na pewno, a zapewne ok. 40. (pomijam, że moim zdaniem ta inseminacja sensu już nie miała, za późno – no ale co się kłócić będę).

Oczywiście szczeniąt z tego krycia nie było – bo i jak miały by być.

Historia piąta – również mało śmieszna, ale na szczęście skończyło się dobrze.

Jeden z naszych zeszłorocznych maluchów został z nami dłużej – pojechał do nowego domu mając 4,5 miesiąca, ale tak było z jego właścicielami ustalone od poczatku. 2 dni po jego odjeździe zadzwoniła do mnie jego nowa pani. Była u weta na szczepieniu i wetka powiedziała, że pies dziwnie chodzi.

Właścicielka w nerwach, ja mniej, bo w końcu widziałam go 2 dni wcześniej i wszystko było ok, no ale czekam na filmik. Na filmiku – najnormalniejszy na świecie, kręcący doopką młody berneńczyk. Wg pani wetki należalo mu koniecznie podać wapń, bo miał niedobór.

Oczywiście nie potwierdzony żadnymi badaniami. Po oczach chyba poznała…

I na koniec, historia szósta 🙂 Również naszego szczeniaka i jego rodziny 🙂

Historia jest dość długa i obfitująca w ciekawe teorie… pozwólcie, że je po prostu wymienię, co by było sprawniej 😉
– pies nie jest przygotowany do wizyty (12 tygodniowy szczeniak zachowuje się jak 12 tygodniowy szczeniak, no faktycznie zaskakujące!)
– kto państwu tego psa tak dziwacznie szczepił (po zajrzeniu w schemat szczepień w ksiażeczki – nota bene obecny w rekomendacjach weterynaryjnych + logiczny pod względem rozwoju odporności)
– pies zachoruje i umrze, jak w ogóle można z nim na spacery chodzić?! (tak, ze szczeniakiem z niepełnym szczepieniem można wychodzić przy zachowaniu odpowiednich zasad ostrożności, takich jak chociażby nie zadawanie się z nieznajomymi psami, nie odwiedzanie najbardziej popularnego osiedlowego sralnika itd)
– pies musi miec ceramiczne miski, bo ma alergię na metalowe (12 tygodniowy berneńczyk, a szczególnie płci suka, ma prawo, a wręcz zazwyczaj ma różowego pychola. No tak to już jest, że fafle się wybarwiają później!)
– pies ma martwicę ogona (strupek na końcu ogona) i lekarstwem na to jest Atecortin (maść oczna i uszna).

Na szczęście trafili już na odpowiedniego weterynarza, w międzyczasie byli u naszego (gdy przyjechali do nas na weekendowe odwiedziny, bo są ze stolicy) i okazało się, że pies (w zasadzie suczka 😉 ) ma sie dobrze od czubka nosa po koniec ogona 😉

Ale właśnie… skoro o odpowiednich weterynarzach mowa 🙂

Gdzie się leczą Śledzie?
A tu:

Śledzie się tu leczyły na długo przed tym zanim zostały Śledziami. Więcej – leczyły się tutaj (tzn nie do konca w tym miejscu, bo lecznica kilka lat temu zmieniła lokalizację, ale wetki pozostały) wszystkie psy w rodzinie.

Dlaczego dr Ewa i dr Marlena?

Bo nigdy nas nie zawiodły.
Bo jak czegoś nie są pewne, to nie ściemniają, tylko konsultują się ze specjalistami.
Bo myślą logicznie, patrzą na całego psa.
Bo wiedzą, jak się z psem dogadać, rozumieją, że socjalizacja maluchów z wetem jest ważna.
Bo kochają swoją pracę.
Bo są uczciwe i nie owijają w bawełnę.
Bo ciągle się dokształcają.
Bo mimo, że często trzeba się naczekać na wizytę, to zawsze przyjmują do ostatniego pacjenta.
Bo znają nasze psy na wylot.
Bo zawsze możemy na nie liczyć.
Bo często gęsto idą nam na rękę – szczególnie w temacie szczeniaków 😉
Bo nie zdzierają z nikogo kasy bez potrzeby.
Bo nasze psy je uwielbiają (jak tu nie uwielbiać weta, który dzieli się ostatnią kanapką…? 😉 )

Jeśli zaglądają tu jacyś białostoccy psiarze – polecamy, polecamy i jeszcze raz polecamy 🙂

A wy? Macie jakieś historie o absurdalnych pomyslach wetów? 😉

Komentarze