Mała obsuwa nas zaskoczyła, ale już jesteśmy… gotowi opowiedzieć, czemu w weekend z samego rana kucamy w krzakach. Nie, nie ma to nic wspólnego z nagłymi potrzebami fizjologicznymi 😉 Za to z choróbskiem, którym zaraziły nas Uszate.

Otóż, moi drodzy, tak jak zapowiadaliśmy na naszym facebooku – zaczęlismy bawić się w tropienie 🙂 Konkretnie – mantrailing 🙂

Dlaczego?

Nie, nie dlatego, że nudzi nam się w niedzielę o 7 rano 😉
O tropieniu myślelismy już dość długo, ale niestety na mysleniu się kończyło. Było to głównie związane z tym, że niestety w naszej okolicy ciężko o sensowne, zorganizowane aktywności dla psa. Tak więc sobie wzdychaliśmy i myśleliśmy… aż Basia – nasza znajoma prowadząca bloga Uszate – postanowiła przeprowadzic się do Białegostoku. Wiedziałam, że to będzie przełom!

I nie pomyliłam się.

Pierwszy raz x 2

Jako, że Śledzie są 4, a nie chcemy każdych zajęć zdominować, to wybieramy się po 2 Śledzie + my… z tego też względu pierwszy raz z tropieniem przeżywaliśmy aż dwa razy 🙂

Na pierwszy ogień wzięlismy Zuzię i Eevee. Jako pierwsza tropiła młoda, a w krzakach chował się dla niej jej ulubiony wujek Maciek 🙂  Nawęszenie przedmiotu, który Maciek przyniósł w słoiku (tak, zaczęlismy nosić zużyte skarpetki w słoikach 😉 ) i siup – wujek zniknął w lesie… a Eevee bardzo mocno chciała, żebym jej powiedziała, co ona właściwie ma robić i co może. To pokazało mi bardzo namacalnie coś, co trochę wiedziałam – że jest bardzo ze mną związana i bardzo mało samodzielna. Patrzyła na mnie, merdała ogonem i zasadniczo pytała “To co teraz będziemy fajnego robić?” 😉 Basia cały czas mi podpowiadała co mam zrobić – najpierw mały kroczek do przodu. Ja kroczek – Eevee kroczek i ani centymetra dalej 😉 Po 3 czy 4 takich akcjach młoda dama zaczęła się frustrować, zrobiłam jeszcze jeden kroczek… i pooooszła! I jak już poszła to tylko raz się odwróciła, by sprawdzić, czy na pewno idę za nią, a potem znalazła wujka 😉

Była eksplozja radości, pasztet z tubki, tęcza i jednorożce 🙂 Pies był z siebie dumny, a jaka ja byłam!

Druga była Zuzia pod przewodnictwem Śledziowego 🙂 znowu wujek Maciek skrył się w krzakach i zostawił nam jedynie skarpetki. Jej z kolei wystarczył jeden kroczek… i poooszła, raz kątem oka zerkając czy idziemy 🙂 znalazła Maćka w mniej niż minutę 🙂 Zuzia to kozak, wiadomo od dawna w końcu 😉 No i jedyny nasz berneńczyk, który jest tak samodzielny 😉

mina Śledziowego mówi wyraźnie: “phi, i to miało być trudne?”

Następna sesja tropienia to wyczyny Mieszka i Bromby 😉 Nie ukrywam, że w drodze na zajęcia wdało nam się lekkie zwątpienie 😉 Śledziowy oczywiście uczciwie ostrzegł Basię, że będzie wstyd, bo to jest mniej lotna część naszego stada… i to my sobie wstydu narobiliśmy takimi myslami, bo na pewno nie Śledzie!
Zdjęć niestety nie mamy 🙁

Na pierwszy ogień poszła Brombi i jak tylko się zorientowała, że to w zasadzie trzeba znaleźć tego nowego wujka, co rozrzuca skarpety a w kieszeni ma pasztet… to już była to dla niej bułka z masłem. W końcu ten pasztet może byc w niebezpieczeństwie, prawda?!

Mieszko za to nie do końca jest pewny, czy może 😉 Doskonale wie, czego od niego oczekujemy, doskonale wie, że zapach prowadzi do człowieka, którego trzeba znaleźć…. no ale przecież na smyczy to się chodzi przy nodze, c’nie? I nie wolno tak sobie samemu do przodu, w las…? Potem się w zasadzie wszyscy cieszą… ale czy to tak można? Taaak… myślę, że takie własnie rozważania kłębią się w Mieszuniowej glowie 😉 jak już się mu przypomni, że bedziemy zachwyceni, jak pójdzie i pozoranta znajdzie, to tak właśnie robi. Ma juz na koncie nastraszenie Krzysia (chyba trochę byl zaskoczony jak go znalazł, nastroszył uszy i ogon… na szczęscie Krzyś wykazał się niezwykłą przytomnością umysłu jak na kogoś siedzącego w mokrych krzakach malin i wystawił przed siebie puszkę z jedzonkiem 😉 to był ten moment, gdy rozkochał w sobie Mieszunia 😉 ) i nieumyslne capnięcie Grzesia w palec (ten palec wyglądał jak pasztet! 😉 ), ale radzi sobie chłopak 🙂

Po co nam to?

Takie pytanie może zadać tylko ktos, kto nigdy nie próbował 🙂 to wciąga!

Nawet sobie nie wyobrażacie, jakie to są emocje. Śledzie są początkujące, więc ślady, które im układają pozoranci pod nadzorem Basi, są proste i krótkie. Ale adrenalina jest! I nasze okrzyki radości, gdy Śledź wytropi pozoranta są w 100% prawdziwe 🙂

Samo chowanie się w krzakach – tak tak, my też w krzakach się ukrywamy – to również emocje. Wygladanie pomiędzy gałązkami, czy pies jest już na naszym tropie, oczekiwanie… i w końcu ta radość, gdy w końcu zostajemy odnalezieni 🙂 Nie brakuje też poświecenia – w końcu jak się zapomni skarpetek w słoiku, to nie ma litości – Basia będzie kazała wyskoczyć z koszulki… i nie ma że komary 😉

Przede wszystkim jednak wiem, że taka aktywność bardzo wiele daje Śledziom. Wzmacnia pewność siebie, rozwija kreatywność, przypomina, że ten wypustek na końcu śledziowego ryja to w zasadzie nadaje się nie tylko do dziobania, gdy kolacja się spóźnia 😉 zresztą – widzimy radość Śledzi, gdy zakładamy szelki i bierzemy się za tropienie 🙂

Dziś jak widzicie u nas mało merytorycznie, ale na to jeszcze przyjdzie czas – bez obaw, o tropieniu nie raz jeszcze tu przeczytacie 😉 a może wśród Was jest ktoś, kto też wsiąkl? 🙂 piszcie!

 

Komentarze