fbpx

Wróciłam z Międzynarodowej Wystawy Psów Rasowych w Drzonkowie i nie mogę się oprzeć, by nie napisać o tym posta. W zasadzie nie konkretnie o tej wystawie, ale o wystawach ogólnie, a w zasadzie o tym, co mnie nieustannie zadziwia.

Najpierw kilka słów o moim do wystaw stosunku.
Lubie, a nawet bardzo lubię. Cieszą mnie przygotowania, cieszą mnie same wyjazdy w miejsca, w które „tak sobie” bym pewnie nie pojechała, cieszą mnie spotkania z ludźmi, cieszy mnie bieganie po ringu, wreszcie – cieszą mnie lokaty i nagrody (taaaaak, jestem straszna sroka 😉 ). Traktuję wystawy na luzie, więc i moje psy nie mają z nimi problemu – więcej: cieszą sie, że robimy coś razem – nie robi im różnicy co 😉

Niestety, niezmiennie na każdej wystawie spotykam kwiatki, które w najlepszym przypadku powodują powatpiewanie w moim spojrzeniu, w najgorszym – zostawiają mnie z wnerwem na kilka godzin, jak nie lepiej.

Na pierwszy ogień wystawcy.
Często i gęsto traktują psy tak, że mam ochotę jednego i drugiego zdzielić ringówką po łbie. Nic mnie tak nie denerwuje, jak często niepotrzebne, wielogodzinne trzymanie psa na stoliku (bo pańcia w tym momencie pije kawkę, a ten stoi), krzyczenie na psa (bo co to niby ma pomóc?), szarpanie w czasie biegania na ringu (znacie te charakterystyczne „korekty” ringówką?) czy w czasie ustawiania psa. Wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd.
A przecież to wszystko naprawdę można zrobić spokojnie i bez użycia siły… a jeśli nie można, to jest to wyłącznie wina własciciela, który psa nie przygotował dostatecznie do tej w końcu dziwnej sytuacji. Koniec, kropka – jak pies wymaga szarpania by dobrze biegał/stał, to znaczy, że własciciel dupa wołowa – niestety, takie mam zdanie.
Wszystkie moje psy, które były wystawiane (od czarnego teriera rosyjskiego, przez bernenczyki, aż teraz do niufa) są wystawiane spokojnie. Nie szarpię ich ringówką, nie zadzieram komicznie ręki z nią na wysokość ramienia, by pies trzymał głowę wysoko, nie przesuwam nogą, by odpowiednio stały. Biegają na luźnej ringówce, stoją praktycznie same – z małym naprowadzeniem ręką czy delikatną korektą. To nie zrobiło się samo, to są ćwiczenia, ćwiczenia i jeszcze raz ćwiczenia – ale procentują, bo i mi jest fajnie, jak nie muszę z bykami walczyć na ringu, i one się nie stresują, bo co to za problem pobiegać z panią i jeszcze żarcie za to dostać.
Uważam, że sędziowie powinni bardziej zwracać na takie akcje uwagę i po prostu wypraszać z ringu… ale sędziowie to inna bajka:

Punkt drugi, czyli sędziowie nie mający pojęcia… albo mający go za wiele.
Do pierwszej kategorii przynależą wszyscy ci, którzy sedziują milion ras i żadnej tak naprawdę nie znają. Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko sędziom posiadającym uprawnienia na kilka grup, ale jeśli mają o rasach w nich pojecie i się dokształcają. W końcu sędzia wie, jakie rasy będzie danego dnia oceniał – czy to jest problem żeby – jeśli wpadnie jakaś np. niecodzienna – poczytać kilka dni wcześniej? Pooglądać zdjęcia? Przemyśleć? Niestety, mam wrażenie, że takie podejście to rzadkość, a potem wychodzą takie kwiatki, że glowa mała…
Druga kategoria to sędziowie oceniający nie ten koniec smyczy, który oceniać powinni. Nie czarujmy się: w naszym pięknym kraju niestety, ale znajomości często mają decydujące znaczenie – czemu na wystawach miałoby być inaczej? No i nie jest, i wiele razy zdarzyło mi się być na drugiej lokacie przez to, że nie pijam kawek z sędziami. No cóż, takie życie 😉

Trzecia kwestia to przygotowanie miejsca wystawy.
Weźmy sobie taki np. Drzonków właśnie, ale to problem niezwykle powszechny. Ringi rozstawiane są totalnie bez pomyslunku – a mała refleksja na temat tego, jakiej wielkości psy będą na nim wystawiane mogłaby być bardzo skutecznym rozwiązaniem problemu. Wie o tym każdy, kto próbował kiedykolwiek rozpędzić się z psem rasy olbrzymiej czy dużej na standardowej wielkości ringu. Jak do tego nie daj buk nawierzchnią jest trawa, np. mokra…. leżałam kilkukrotnie. No ale przecież nikogo nie obchodzi, że jamnikom ring możnaby nieco zmniejszyć, a np. bernom o 2 metry powiększyć. Po co nad tym się w ogóle zastanawiać, łatwiej podzielić na równe i po problemie. Jasne – są wystawy, gdzie miejsca jest dość (choćby CACIB w Kielcach, jedna z najlepiej moim zdaniem zorganizowanych i umiejscowionych polskich wystaw), ale to mało powszechne.
Inna sprawa – miejsce między ringami. Logiczne, że na wystawie sa zwiedzający, prawda? Logiczne też, że wystawcy muszą mieć miejsce, by spokojnie rozłożyć się z psami: często są to kennele, stoliki groomerskie, na wystawach terenowych – namioty, a jesli nawet nie – to kocyk i miska z wodą. Niestety, wąskie przejścia powodują i wkurw wystawców (bo jak w takim tłoku!) i zwiedzających (bo nic nie widac i dopchać się do ringu nie można). Oba w pełni zrozumiałe….

Rzecz ostatnia – „skąpy” organizator.
Normą jest ostatnio (jak zaczynałam przygodę z wystawami 15 lat temu było to nie do pomyślenia….) brak medali albo medale jedynie złote. Niech mi to ktoś wytłumaczy, skoro w takim hurcie organizator za sztukę zapłaci jakieś 50gr? Rozety to rzadkość, za to każdy dostaje „niezwykle potrzebny” dyplom okolicznościowy. No po prostu wspaniale. Gdyby zamiast płacić osobom za nie odpowiedzialnym i drukarni przeznaczyć pieniążki na nagrody (puchary, rozety, medale) byłoby znacznie sensowniej i milej…
Jak to jest możliwe, że niektóre oddziały potrafią (tu pochwała dla mojego oddziału macierzystego – białostockiego: zeszłoroczny CACIB i krajówka II grupy były pięknie nagradzane, za BOB na krajówce dostaliśmy piękny puchar, za BIS Baby – puchar większy od Bromby 😉 ), a inne nie? Jakoś magicznie często jak nie ma nagród, to parking kosztuje 20-30zł. Magia, k***a magia.

Mimo tego wszystkiego – jeździłam, jeżdżę i będę jeździć. Szkoda, że przez takie kwiatki coraz częściej wybieram wyjazdy zagraniczne…

Komentarze