fbpx

Wiesz co, nawet nie wiem, jak zacząć ten wpis. Recenzję właściwie. Tyle zostawiła we mnie ta książka zaskoczenia, powątpiewająco uniesionych brwi i zmrużonych podejrzliwie oczu. Typowy mindfuck.

Zacznę może od tego, że gdyby nie Śledziowy, to odłożyłabym ją po jakichś 50 stronach. Po kolejnych 100 odłożyłabym ją na pewno, gdyby nie to, że doszłam do wniosku, że muszę przeczytać ją całą, by napisać dla Was w miarę obiektywną recenzję. No i piszę. Po to, abyś nie wydał bez sensu 3 dyszek – wystarczy, że zrobiłam to ja.

Jak czytamy na okładce, autor jest doktorem nauk weterynaryjnych i przyrodniczych, członkiem Królewskiego Kolegium Lekarzy Weterynarii, wykładowcą farmakologii behawioralnej i dyrektorem Kliniki Zachowań Zwierząt. No wykształcony człowiek, ciężko zaprzeczyć. Kiedy połączyłam to sobie z pozytywnymi opiniami na temat jego książki „Pies, który kochał zbyt mocno”, w tym z opinią pani Zofii Mrzewińskiej, doszłam do wniosku, że potrzebuję tej książki. Szkoda wielka, że zignorowałam pojawianie się jej w zestawieniach najlepszych książek tuż obok Fishera i Fennel, ale romansowanie autora z teorią dominacji to nie jedyny fakap tej pozycji.

Książka podzielona jest na 3 części dotyczące 3 grup problemów behawioralnych: agresji, lęku i zachowań obsesyjnych. W każdej z nich, w oddzielnych rozdziałach, autor opisuje poszczególne rodzaje tych zaburzeń, posługując się w tym celu przykładami z życia – czyli historiami swoich pacjentów i ich ludzkich rodzin. Co może pójść nie tak?

Oj, dużo.

Zacznę jednak od pozytywów.

Sporo technik radzenia sobie z problemami przestawianych przez autora naprawdę ma sens. Sprzeciwia się on przemocowemu traktowaniu psów, agresji słownej czy biciu. Dużo mówi o konsekwentnym podejściu, nie ma fobii stosowania farmakologii w przypadkach, które jej wymagają. Podoba mi się, że fajnie mówi o prawidłowym wprowadzaniu kennel klatki i jej zaletach – ale mających miejsce tylko wtedy, gdy dla psa klatka jest azylem, „norą”, bezpiecznym miejscem, a nie wtedy, gdy go po prostu w niej zamkniemy. Podobają mi się też te fragmenty, gdy mówi stricte o fizjologii i patofizjologii – czyli o jednostkach chorobowych i ich leczeniu. Fajnie zwraca uwagę na niezbędną dla dobrostanu psa aktywność fizyczną i umysłową.

No, pochwaliłam. Czas na to, co mnie odrzuca.

Bardzo, ale to bardzo nie podoba mi się przemycanie dosłownie wszędzie przez autora teorii dominacji. Twierdzi np. że

„bez wątpienia dominujące psy uznają ludzi za członków dzikiej sfory”

(to zdanie pojawia się przy omawianiu agresji terytorialnej – autor jest zadziwiony, że psy bywają agresywne terytorialnie w stosunku do ludzi, a przecież takie zachowania powinny być zarezerwowane dla wyłącznie swojego gatunku; zdaje się przy tym totalnie ignorować dziesiątki tysięcy lat procesu udomowienia). Dominację wplata dosłownie wszędzie, gdzie to tylko możliwe – dlatego nie byłam w stanie przebrnąć bezproblemowo przez część o agresji, bo tam faktycznie jest tego najwięcej (a przecież agresja ma wiele różnych powodów).

W części o lęku niestety robi się gorzej. Co m.in autor poradził właścicielom suczki zmagającej się z lękiem separacyjnym? Ćwiczenie komend, bo

„jeśli suczka uzna wyższość waszej pozycji w hierarchii domowej sfory, jej napięcie i poziom lęku opadną”

Poza tym? Suczka ma przestać spać z właścicielami w łóżku – mają postawić dla niej legowisko w swojej sypialni i konsekwentnie odsyłać na nie, jeśli będzie próbowała wejść na łóżko.

„A jeśli zbyt częste wstawanie będzie dla was zbyt męczące, możecie spróbować przywiązać ją na smyczy do jakiejś stabilnej podpory, np. nogi od szafy, aby uniemożliwić jej dostawanie się do łóżka”.

Myślę, że możecie sobie wyobrazić facepalm, który zaliczyłam czytając te wynurzenia. Ale nie, to nie koniec. Dalej autor pisze o układaniu się na ziemi obok pana, gdy on ogląda TV – podkreśla, że nie wolno na to pozwalać, ani na pozostawanie w kontakcie fizycznym z włascicielami przez dłuższy czas. Nazywa to budowaniem pewności siebie i „programem niezależności”. Nie wiem tylko, o czyjej pewności siebie mówi, bo na pewno nie o pewności siebie tej suczki, którą nagle każe w większości sytuacji – oprócz polecanego aktywnego spaceru – ignorować. Jak to uzasadnia? Ano tak, że na jego córkę (ludzką córkę) podziałało w sytuacji, gdy źle znosiła wychodzenie swojej mamy z domu – gdy mama wychodziła po kryjomu, bez pożegnania, dziecko mniej przeżywało. Myślę, że i psychologowie dziecięcy mogliby tutaj podobny do mojego facepalm zaliczyć.

Mam jednak wrażenie, że apogeum dziwnych teorii ma swoje miejsce w rozdziale o lęku przed burzą. Autor zastanawia się, dlaczego odczulanie psów za pomocą puszczanych dźwięków burzy nie przynosi wcale takich doskonałych efektów i dlaczego właściwie psy bojące się burzy chowają się często do łazienki. W pierwszym temacie zdaje się zupełnie ignorować to, że burza to nie tylko ciemne niebo, ale też nagłe rozbłyski, a o zmianach ciśnienia atmosferycznego i ładunkach elektrycznych w powietrzu wspomina jedynie zdawkowo. Ale ale! Temat elektryczności jednak porusza – w rozważaniach o łazience, do których zaprasza swojego znajomego, którego określa jako „mistrza we wszystkich sprawach dotyczących elektryczności”. Wspólnie dochodzą do wniosków, że w łazience zlew podłączony jest zwykle metalowymi rurami (no chyba nie w Polsce, a nasze psy też do łazienki się chowają), które działają

jak najlepsze uziemienie w całym domu. Psy, szukając kontaktu z metalowymi rurami zlewu, szukają sposobu uziemienia własnego organizmu, chcąc się w ten sposób pozbyć ładunków elektrostatycznych

Taaa. To jest ten moment, gdy nie tylko ja i psychologowie dziecięcy robimy facepalm – dołączył do nas Śledziowy (no dobra, on facepalmował też wcześniej, ale teraz wyjątkowo mocno) i fizycy. Panowie płyną jednak na tym elektrostatycznym prądzie dalej. Kolega doktora wysnuwa teorię, że część psów boi się jeździć samochodem, bo obawia się bycia porażonym prądem w trakcie wsiadania do niego. Logiczne, prawda? Na tyle logiczne, że autor pyta właścicielkę suczki, która przyszła do niego z problemem bardzo nasilonego lęku przed burzą, jakie ma podłogi w domu. Otóż, kobieta miała na górze wykładzinę, a na dole płytki ceramiczne. Wg pana doktora świetne przewodniki prądu.

Teraz to już robią facepalm wszyscy, którzy cokolwiek pamiętają z fizyki – np. że bezpieczniki to często bywają ceramiczne nie bez powodu (właśnie dlatego, że prądu nie przewodzą).

Pan doktor niestety wykazuje się w tej książce również przerażającym brakiem w logicznym rozumowaniu i instynkcie samozachowawczym. Na koniec części o lękach mamy temat lęku przed innymi ludźmi i związanej z nim agresji. Autor opowiada o przypadku Charliego, mieszańca ONka z labem, który „atakował każdego obcego, gryząc z furią” – zresztą, również w stosunku do niego warczy i grozi. Poleca on właścicielom stosowanie kantarka (nazywanego przez autora „tajemną bronią”) – nie do końca tłumaczy dlaczego, ale domyślam się, że może chodzić o to, że w przypadku gdyby pies skoczył do człowieka, to łatwiej go kontrolować (niestety, nie opowiada jak prawidłowo stosować kantar, aby nie zrobic psu krzywdy). O ile prosi właścicieli, by sami założyli kantarek, to już potem radośnie chce im zademonstrować jego działanie, więc wyciąga rękę do psa… i oczywiście zostaje pogryziony. Czy wyciąga wnioski? No nie, bo później na spacerze, gdy właścicielowi Charliego smycz wypada z ręki, to pan doktor próbuje ją podnieść – pies oczywiście się na niego rzuca (autor tłumaczy to tak, że zdarzyło się to w pobliżu ruchliwej ulicy – no ale nie wiem, ja już prędzej bym smycz przydepnęła, a nie ryzykowała ugryzienie np. w twarzy przy schylaniu się).

A co tam w części o zachowaniach obsesyjnych? Chociażby rozdział na temat suczki, która załatwia swoje potrzeby fizjologiczne w domu. Większość rad jest jak najbardziej spoko, w tym powrót do początków nauki czystości, częste wychodzenie, nie karcenie za wypadki przy pracy oraz nagradzanie za załatwianie się na zewnątrz. Mam jednak 2 rysy na tym ładnym obrazku. Pierwsza, to straszenie psa (bo inaczej nazwać tego nie można) poprzez nagły hałas – uderzenie ręką w stół, potrząsanie puszką z bilonem – gdy pies zacznie się załatwiać w domu. Ani to skuteczne, ani sensowne – a już na pewno nie rozwiąże problemu i nie pomoże w budowaniu fajnej relacji. Druga rysa? A pozwólcie, że zacytuję.

Na wypadek, gdyby się okazało, że klatka jako miejsce odosobnienia nie spełnia swojego zadania poradziłem Charlotte jeszcze inny sposób – pomiędzy krótkimi wypadami na wypadami na dwór wiązanie Bushki do nogi kuchennego stołu na bardzo krótkiej smyczy.

Czy ta książka to same bzdury? Absolutnie nie.

Czy mogę ją polecić? Nigdy w życiu.

Niestety, mam trochę poczucie, że łapałam się przy czytaniu tych przebłysków autora, o których pisałam na początku, żeby znaleźć cokolwiek pozytywnego. Bo takie przecież się w niej znalazły – szkoda tylko, że w większości przypadków te dobre metody radzenia sobie z problemem nie było związane z prawidłowym zrozumieniem tego problemu. Prawda jednak jest taka, że dla mnie treści, które Wam tu zacytowałam, są kompletnie dyskwalifikujące. Nie jestem w stanie znaleźć dla nich żadnego rozsądnego wytłumaczenia ani usprawiedliwienia, dodatkowo są po prostu szkodliwe i niebezpieczne. Wybrałam Wam dosłownie kilka z nich – gdybym chciała wylistować wszystkie bzdury, które tu znalazłam, długość tej recenzji stałaby się kompletnie nieakceptowalna. Nie wiem, jakim cudem miała tyle pozytywnych opinii – po prostu tego totalnie nie czaję, no ale miała. Więcej Wam powiem: nie znalazłam ani jednej negatywnej recenzji. Mam nadzieję, że moja pozwoli spojrzeć Wam nieco bardziej krytycznie na tą pozycję.

Ale szczerze? Nie kupujcie jej. Szkoda kasy, szkoda czasu na czytanie. Szkoda nerwów.

Komentarze