fbpx

Obiecałam, że będzie post o ludziach, którzy zgłaszają się do nas by nabyć szczeniaka.. ale nie o tych wspaniałych, mądrych, odpowiedzialnych i ciepłych ludziach, którzy w końcowym rozrachunku stali się nowymi rodzicami naszych maluszków. O tych, którzy na poczatku napsuli nerwów… a teraz wspominamy ich jako ciekawostkę i powód do podśmiechujek 😉

Dobromira i Dobrawa na spacerze 🙂

Szczerze mówiąc nie mam pomysłu, od czego zacząć… było tego tak wiele 🙂 Myślę, że najbardziej obrazowe będzie to, że jakieś 75% osób, które do nas dzwoniły/pisały odpadło 😉 No ale dobrze, do rzeczy!

0) Na początek – historia, która mnie dużo nauczyła – w każdym razie tyle, by (prawie) każdemu dawać szansę i nie odkładać od razu słuchawki 😉

Niedługo po urodzeniu poprzedniego miotu dostałam maila od pani, która chciała pieska. Opisała swoją rodzinę, swój pomysł na życie z psem… i ja od razu się zjeżyłam. Tu musi nastąpić wyjaśnienie – nie sprzedajemy maluchów do domów, w których będą mieszkać na podwórku. Nie i już, nie ma wyjątków.
W każdym razie – było właśnie tak: nie dość, że 4 dzieci („kiedy oni czas dla psa znajdą?! nie ma mowy!”), to jeszcze pies na podwórko. Odpisałam więc kulturalnie, że u nas psa nie kupi i tyle… no i tu się okazuje, że gdyby nie chłopy, to jeden z moich maluszków nie miałby takiego cudownego domu, jaki ma 🙂
W tym momencie Marta (opowieść z drugiej strony 😉 ) stwierdziła, że łaski bez… i gdyby nie jej mąż, nie odpisałaby 🙂 W kazdym razie finał tej historii był taki, że przyjechali do nas w odwiedziny (tak tak, z całą 4 dzieciaków! na marginesie – najbardziej ogarniętych dzieciaków jakie znam), przegadaliśmy dłuższą chwilę 😉 I naprostowaliśmy to, czego naczytali się w internecie.

Dzięki nim Misio (Dzirżykraj) ma cudowny, kochający dom i jest tak zaopiekowanym psem, ze każdy mógłby mu pozazdrościć 🙂

To taki miły akcent na początek (a miało nie być miło 😉 ), wracamy do tematu 🙂 Będzie niechronologicznie!

1) Państwo w audicy

Poniedziałkowe popołudnie, siedzę sobie na dyżurze w szpitalu, gdy dzwoni TŻ.
– Dzwonił jakiś facet, od E. (naszej wetki) w sprawie szczeniaka.
– No i?
– No i powiedziałem, żeby zadzwonił po 19, jak już wrócisz do domu. Strasznie niecierpliwy, chcieli przyjechać, ale powiedziałem, że dzis to nie – jeśli się umówimy na inny termin to nie ma problemu.

Na tym staneło. Wracam sobie do domu, podśpiewuję w samochodzie, jestem jakieś 15km od domu – dzwoni telefon. Znowu TŻ.
– Oni tu przyjechali!
– Ale kto?
– No ci co dzwonili!
– Ale przecież mówiłeś żeby nie przyjeżdzali…?
– No jak widać nie zrozumieli…
– Dobra, będę za 10 minut.

Dojechałam do domu, podjeżdżam… a tam po jednej stronie bramy stoi TŻ z psami (kulturalnie siedzącymi, bez szczekania itd), a po drugiej Pan, Pani i Biała Audica. Sytuacja dziwna, myślę sobie, stoją tak w końcu już jakiś kwadrans… no ale dobra, wysiadam.
– Cześć kotku, a czemu tak stoicie? Nie wpuściłeś państwa?
– Pan się psów boi…

Zamarłam. Jakie psów boi? Mówię, że on przecież takiego chce mieć… nic. Żeby psy zamknąć, bo on nie wejdzie. Wnerwiłam się i stwierdziłam, że jak nie, to nie, ale psy są u siebie i nie ma najmniejszego powodu by je zamykać. W końcu się zdecydowali (łaskawcy).
Później było tylko lepiej. Dowiedziałam się, że o rasie nie mają pojęcia („Przecież pani nam zaraz wszystko powie!”), berneńczyk za to będzie idealny, lepszy niż labrador („Bo dobry do dzieci, i jeszcze domu przypilnuje”), że w zasadzie psa chcą, bo syn chciał („Jak widzi psa na ulicy to zawsze je woła!” – dziecko 1,5 roku) no i że chcieliby go zabrać już teraz zaraz (szczeniaki 7 tygodni, ja słowa nie powiedziałam, że w ogóle ich biorę pod uwagę). Po usłyszeniu ceny ja usłyszałam „To co, spuści nam pani 5 stówek?” i zatkało mnie na tyle, że już nie wiem, co dalej mówili. W pewnym momencie jak już odzyskałam mowę to powiedziałam, że u nas szczeniaka nie kupią i proszę, żeby wyszli.
Na odchodne dowiedziałam się, ze dyskryminuję pana, bo jest chory (zabijcie, nic na ten temat nie wiedziałam).

Na szczęście okazało się, że to żaden znajomy naszej wetki, jakiś gość po prostu znalazł nasz numer na wizytówce u niej w poczekalni… 😉

2) Wyczucie czasu

Sobotni wieczór. Szczeniaki już spore, a w naszym domu zasada, że maluszki po 22 mają gaszone światło i nikt ich nie zaczepia, i one też nie zaczepiają nikogo. Leżymy sobie z TŻtem w łóżku, przytulamy się, film oglądamy… w końcu trochę czasu dla siebie.
Dzwoni mój telefon – godzina po 22, numer nieznany, to olałam. Ale po sekundzie dzwoni telefon TŻta – on odbiera zawsze. Chwila rozmowy i oddaje mi telefon – już wiem, że w sprawie szczeniaka.
Po chwili rozmowy już czułam, że to nie jest właściwy dom dla mojego malucha, no ale dobra, nie sądzę po pozorach, rozmawiam dalej. Pytam: gdzie pies będzie mieszkał. No przecież że w kojcu! Domu ma pilnować. Mówię, że w takim razie u nas psa nie kupi, bo my psów do kojca/budy/na łańcuch/samotne mieszkanie na podwórko nie sprzedajemy. Chwila ciszy. Pan się pyta w takim razie, gdzie ten pies ma mieszkać. Mowię, że w domu. Bardzo długa chwila ciszy. Bardzo, bardzo długa. I w końcu… dźwięk odłożonej słuchawki 🙂

Nie dość, że dzwoni o chorej godzinie, i to w sobotę, to jeszcze takie buractwo?

3) Krzywdzicie wasze psy!

Od jakiegoś czasu wisiała już na naszej stronie informacja, że planujemy miot na 2015r, i we wrześniu (albo październiku?) napisała do mnie maila pani zainteresowana zarezerwowaniem szczeniaczka. Wrażenie sprawiała bardzo dobre, chcieli przyjechać poznać nas i psy, więc umówiliśmy się na wizytę w weekend.
Umówiony dzień nadszedł, samochód pod bramę podjechał, więc poszłam otworzyć. Kulturalnie powiedziałam „dzień dobry”… a tam ze strony pana ani słowa. No nic, myślę sobie nie dosłyszał – ale później również przywitała się ze mną tylko pani. No nic.
Usiedliśmy sobie przy stole i zaczynamy rozmawiać. Pod stołem leżą Zuzia i Brombi (młoda wtedy miała jakieś 6-7 miesiecy) i obie burczą – jak nigdy. No ale nic, burczą to burczą, sytuacja pod kontrolą. W pewnym momencie Zuzia burczeć przestała i chciała obwąchać pana… co on skwitował (do żony) „Zabierz ode mnie tego psa!”.

Zrobiliśmy oczy jak 5 złotych no i pytam – jak to, przecież takiego psa chce pan mieć (łudziłam się przez chwilę, że może poczuł się nieswojo przy tym burczeniu… ale nie!).
– Ja nie chcę, ja nie lubię psów. Żona chce.
Nasze oczy powiększyły się do rozmiarów nakrętek od słoików.
-Ale pani się nie martwi, ja jestem ze wsi!
Taaaak, patrząc jak na wsi traktują psy to faktycznie, uspokoił mnie pan szalenie!

Do tego doszedł pomysł państwa na to, że pies będzie mieszkał na dworze („Ale przecież ktoś się z nim będzie cały czas bawił!”) i w tym momencie powiedzieliśmy, że u nas psa nie kupią.
I dopiero wtedy zaczął się bal.
Zamiast kulturalnie po prostu powiedzieć „dziękujemy, do widzenia”, państwo zaczęli się z nami kłócić. Że psu to najlepiej na podwórku bo taka psia natura, że czemu my ich dyskryminujemy, a gdy doszli do tezy, że my nasze psy krzywdzimy, bo mieszkają z nami w domu… TŻ nie zdzierżył i po prostu ich wyprosił.

4) Sytuacja nr 4, najmniej śmieszna, nawet po czasie:

Sporo naszych szczeniaków (7 z 12) zamieszkało za granicą. W czerwcu został nam ostatni maluch – szukaliśmy dla niego domu nie dość, że kochającego, to jeszcze wystawiającego – dzieciak bardzo obiecujący. Nie mieliśmy jakoś wielkiego parcia na to, w razie czego braliśmy pod uwagę opcję, że Dobrutro zostanie z nami.
W połowie czerwca odezwała się pani z Kanady, szukająca szczeniaka berneńczyka. Odezwała się przez FB, łatwo więc było dowiedzieć się co nieco o niej – i nie przedłużając, wszystko wyglądało super. Dom kochający, z innymi psami, pracujący, wystawiający… rewelacja!
Do czasu. Najpierw – problemy z zaliczką. Ustalone mieliśmy, że skoro zaczynamy dogrywać sprawy z przelotem, to zaliczka musi być. Termin przesuwała, przesuwała, za każdym razem była jakaś wymówka – w zasadzie nawet logiczna…. ale jakieś to było dziwne. Przesuwany był też termin wylotu psiaka.
I dobrze, że tak było, bo dosłownie w ostatniej chwili koleżanka (dzięki Aniu!) mnie ostrzegła – okazało się (info potwierdzone z wielu źródeł), że pani od jakiegoś czasu kupuje szczeniaki berneńczyków, rezerwuje po całym świecie, a te co do niej przyjeżdżają – odsyła. Zmroziło nas. W jednej chwili poinformowaliśmy ją, że nic z tego.

A mogło się skończyć paskudnie…

Te 5 historii to takie w zasadzie najciekawsze – piekielnych potencjalnych nabywców było mnóstwo 😉 I podejrzewam, że przy tym miocie również nasz zasób dziwnych historii się powiększy – nie omieszkam się podzielić 🙂

Dalebora – w wieku 5 tygodni

 

Komentarze